Z ostatniej chwili

Karol Bielecki dla Przeglądu Sportowego: jestem szczęśliwym człowiekiem

Fot. East News

– Nie wygrałem wszystkiego, ale miałem swój czas, w którym mnie cenili. Dałem sobie radę w życiu. Mam trochę medali i innych osiągnięć – tak podsumował swoją niedawno zakończoną karierę Karol Bielecki, podczas wywiadu dla „Przeglądu Sportowego”.

Kilka razy rezygnował pan z gry w kadrze i później wracał. Z karierą klubową będzie podobnie czy definitywnie zrezygnował pan z zawodowego uprawiania sportu?

Nie będzie powrotu, spokojnie. Zrezygnowałem z kadry ostatecznie, gdy miałem 35 lat. Powiedziałem wtedy trenerowi Piotrowi Przybeckiemu, że gdybym był pięć lat młodszy, mógłby na mnie liczyć. Ale nie mam, więc dałem spokój. Teraz, jako 36-latek, w ogóle skończyłem z wyczynową piłką ręczną. Mój czas minął, już nie wrócę. Wcześniej rezygnowałem z kadry, bo po intensywnych okresach treningów i gier czułem syndrom wypalenia. O tym niewiele się mówi, ale to dotyka zawodowych sportowców. W piłce ręcznej zasady są proste: dajesz z siebie sto dziesięć procent albo jesteś leniem. Tak w sumie było zawsze.

Dlaczego teraz? Miał pan jeszcze ważny kontrakt z drużyną z Kielc.

Organizm zaczął mi wysyłać czytelne sygnały już jakiś czas temu. Obciążenia, jakie wiążą się z grą, są ogromne. Nie czuję jednak, że będzie mi tego brakowało. W kadrze zabrakło mi bardzo niewiele, aby przekroczyć granicę tysiąca zdobytych bramek, ale już tego nie zmienię. Zresztą, to tylko liczby. Wiem, że nie oszukam wieku. Grałem w sumie bez przerw od piętnastego roku życia. Moim największym problemem jest eksploatacja organizmu.

Tak pan sobie wyobrażał pożegnanie? Zagrał pan w meczu z odwiecznym rywalem, czyli drużyną z Płocka i zdobył z kolegami mistrzostwo Polski.

Myślałem, że zagram ostatni mecz, zdejmę koszulkę, umyję się i pojadę do domu. Tymczasem było dużo emocji i nie zapomnę tego, jak mnie żegnano. Patrzę jednak przed siebie. Pospaceruję z żoną, córką i synem, który właśnie się urodził, pojadę do rodziców do Sandomierza, pojeżdżę rowerem. Nie będzie już bólu pleców, barków, koniec z nieprzespanymi nocami, przynajmniej z powodów związanych ze sportem. Nie będzie też pobudki, po której nie sposób dojść do łazienki z powodu bólu kolan i ścięgna Achillesa. Tak, tego na pewno nie będzie mi brakowało. Ale skoro rozmawiamy na serio: piłka ręczna dała mi życie takie, jakie mam i bardzo to doceniam. Poznałem wielu ludzi, z niektórymi zdobywałem medale wielkich imprez. To wszystko zostanie w moich wspomnieniach. Tylko czasu nie cofnę, a każdy kolejny rok na parkiecie wymagał ode mnie coraz więcej pracy. Czułem, że im byłem starszy, tym więcej wysiłku kosztowało mnie utrzymanie się na wysokim poziomie. Pod koniec kariery leżałem przed meczem godzinę u fizjoterapeuty, żeby doprowadził mój bark do porządku. Później grałem, a po meczu znowu spędzałem godzinę na stole, żebym mógł rano wstać.

Skończył pan jako zawodnik spełniony?

Skończyłem grać jako zadowolony zawodnik. Nie wygrałem wszystkiego, ale miałem swój czas, w którym mnie cenili. Dałem sobie radę w życiu. Mam trochę medali i innych osiągnięć. Czuję jednak brak złotych medali i przede wszystkim olimpijskiego podium. Podczas igrzysk w Pekinie mieliśmy, przynajmniej według mnie, najsilniejszą drużynę, a odpadliśmy w ćwierćfinale. Z kolei w Rio de Janeiro byliśmy bliżej podium. Półfinał z Danią… Ten mecz zostanie we mnie pewnie najdłużej. Graliśmy później z VIVE w Lidze Mistrzów z THW Kiel. W ich bramce stał Niklas Landin, czyli ten sam człowiek, który bronił bramki Duńczyków w Brazylii. Wtedy nie zdobyłem bramki z karnego, a gdybym to zrobił, odskoczylibyśmy im troszkę i może skończyłoby się inaczej? Drugi raz rzuciłem inaczej i trafiłem. Gdy chwilkę później zbiegałem na ławkę rezerwowych, od razu pomyślałem, że mogłem w Rio zrobić to tak samo. Oczywiście to nie ten karny zdecydował o porażce w igrzyskach, ale gdybyśmy wygrali tamten mecz…

Po ostatnich igrzyskach wrócił pan do kadry jeszcze raz. Warto było?

Dzisiaj myślę, że najlepszym momentem na zakończenie kariery reprezentacyjnej, był czas po igrzyskach w Rio de Janeiro. Zostali jednak ci sami ludzie, ten sam trener, więc chciałem pomóc. Zagrałem więc jesienią i znowu wiosną. Ostatnie podejście, w zasadzie pożegnanie. Nie chcę powiedzieć, że popełniłem błąd, bo myślałem, że jakoś to dobrze wyjdzie.

Ludzie wciąż pamiętają pana jako wielkiego wojownika. Widziałem wyniki badań na temat popularności polskich sportowców, które przeprowadził Instytut badawczy ARC Rynek i Opinia. Wygrał pan kategorię na „najbardziej godnego do naśladowania”.

Też widziałem wyniki tych badań. Oczywiście, że człowiekowi robi się miło. Inna sprawa, że tych kategorii i tabelek było tam tyle, że chyba wszyscy coś tam wygrali. Jakby ogłosili konkurs na ponaddwumetrowego, rudego gościa bez oka, to wiadomo, że też byłbym pierwszy. A tak całkiem serio, pewnie część ludzi pamięta, że trochę w życiu przeszedłem. No i kibicowali piłkarzom ręcznym przez naście lat, więc ciągle słyszeli też moje nazwisko. Zresztą, zawsze zwraca się uwagę na tych większych. Pamiętam z początków kariery, jak jeździliśmy z Piotrkiem Grabarczykiem po Kielcach autobusem miejskim. Nie byliśmy jeszcze znani, ale i tak wszyscy patrzyli. Śmialiśmy się, że jesteśmy w zoo, tylko z drugiej strony.

Gdyby nie wypadek, w którym stracił pan oko…

Nie lubię gdybać, choć wiem, że byłbym przede wszystkim lepszym zawodnikiem. Swoją drogą, Sławek Szmal doczekał tytułu najlepszego piłkarza świata, zresztą jak najbardziej zasłużenie.

Często wraca pan myślami do wypadku i jego konsekwencji?

Straciłem oko w 2010 roku, podczas meczu z Chorwacją w Kielcach. Później musiałem sobie radzić. Nie było łatwo, ale jakie miałem wyjście? Nie jestem takim twardzielem, jak niektórym może się wydawać. Zaraz po wypadku traciłem przytomność, bo wszystko zaczęło do mnie docierać. Zresztą, jeszcze na boisku wiedziałem, że jest źle, choć chyba nie, że aż tak źle. Leżałem i czułem, że z oka wypływa nie tylko krew. Lekarz, zresztą chirurg, który dużo w życiu widział, poprosił, żebym odłożył ręcznik. Spojrzał i nawet ktoś taki, jak on zrobił się blady. No to jak miało być? Później, już po operacjach, które nic nie dały, nie wierzyłem, że mogę wrócić na boisko. Układałem życie od nowa, a jednak dałem radę. O pierwszym meczu w lidze po kontuzji wszyscy już pisali, bo wyszedł mi świetnie, pobiłem swój rekord strzelecki w Bundeslidze, a później poszedłem do szatni, siadłem na ławce i nie wytrzymałem, zacząłem płakać jak dziecko. Ja, wielki, dwumetrowy chłop, który nie jest wylewny, a raczej twardy i zamknięty w sobie, całkiem się rozkleiłem i po prostu wyłem. Pamiętam też rozmowę z moim ówczesnym trenerem, Olą Lindgrenem. Miałem po niej jasność, że idę dobrą drogą, bo usłyszałem to, na co tak naprawdę liczyłem. „Kola, nie jesteś dla mnie osobą z jednym okiem, na którą trzeba uważać i jakoś specjalnie traktować, tylko piłkarzem ręcznym, co do którego wymagania są takie same, jak do wszystkich innych w drużynie” – powiedział i to mi się podobało. Było uczciwe. Poza tym nie interesowała mnie żadna taryfa ulgowa, tylko jasne zasady. Bundesliga to brutalny świat. Nie dajesz rady, odpadasz. A taki klub jak Rhein-Neckar Löwen, w którym wtedy grałem, było stać na sprowadzenie każdego zawodnika i nie musieli trzymać w składzie kaleki. Tak przynajmniej wtedy myślałem i dlatego wiedziałem, że muszę dać radę sam.

Zawsze tak było?

Podam taki przykład, może niekoniecznie chlubny, ale prawdziwy. Jakoś w 2015 roku ogłoszono, że za przekroczenie prędkości o 50 kilometrów na godzinę można stracić prawo jazdy na trzy miesiące. I chyba to ja sprawdziłem jak działa ten przepis jako jeden z pierwszych ludzi w Polsce. Jechałem do rodziców, do Sandomierza. Byłem już bardzo blisko, kiedy zatrzymała mnie policja za przekroczenie prędkości. Przyjąłem mandat i ruszyłem dalej. Chciałem nadrobić stracony czas. No i jakieś pięć kilometrów dalej mnie nagrali. Nie dyskutowałem. Może i mogłem, ale popełniłem błąd, więc kara mi się należała. Oddałem dokument, przesiadłem się na fotel pasażera i tyle. Koniec historii. Odcierpiałem swoje.

Rzadko pan o tym mówi, ale wie, że dokonał wielkiej rzeczy i stał się dla wielu przykładem?

Kiedy wróciłem, wiedziałem, że dokonałem dużej rzeczy. Pokazałem, że nawet w tak dynamicznym i mimo wszystko brutalnym sporcie można pokonywać bariery. Miałem takie możliwości, jakie daje widzenie jednym okiem i walczyłem. Lekarze mi mówili, że mam 35 procent mniejsze pole widzenia. Pamiętam, jak dostałem pierwsze okulary zabezpieczające z naprawdę grubymi ramkami. Czułem się tak, jakbym grał w piłkę ręczną, patrząc na boisko przez dziurkę od klucza. Później zdobyłem lepsze, kupiłem gdzieś na rynku chińskim i się sprawdziły.

Nie chciał pan taryfy ulgowej i faktycznie nikt jej panu nie dawał. Wręcz przeciwnie.

W Bundeslidze nie mogłem liczyć na lżejsze traktowanie. Od razu zaczęli atakować mój najsłabszy punkt, czyli oko. Schemat zawsze był podobny, czyli wchodzę na boisko, łapię piłkę i… dostaję w twarz, najlepiej w okolice oka. Czasem też brudzili mi okulary. Wszystko, żeby jakoś mnie zdeprymować i odebrać pewność siebie, przy okazji zadając ból. Nie miałem jednak pretensji, tak funkcjonuje zawodowy sport, a ja chciałem być jego częścią.

Ma pan plan na przyszłość?

Wszystko planuję, zawsze tak było. Z kariery sportowej będzie mi brakowało tylko medalu olimpijskiego. Tylko albo aż. Nie rozpamiętuję jednak tego, co za mną, patrzę przed siebie. Nie chciałem przegrać życia, tylko iść swoją drogą. Chcę pracować nad tym, aby więcej dzieci garnęło się do piłki ręcznej. Nie każdy będzie zawodowym sportowcem, ale sport daje zdrowie i kształtuje charakter na całe życie. Poza tym, z dużej liczby trenujących przyjdzie też jakość dla naszej dyscypliny. Chcę być wzorem dla dzieci, bo one tego potrzebują w dzisiejszych czasach. Poza tym, mam też w Kielcach restaurację, a razem ze Sławkiem Szmalem, z którym od lat się przyjaźnię i teraz razem skończyliśmy grać w piłkę ręczną, szukamy różnych pomysłów. Mamy spółkę, która zajmuje się budowaniem mieszkań, są też inne projekty. Napiszę książkę o mojej drodze, jako zawodowego sportowca. Jak bym to podsumował? Kiedyś było fajnie, teraz jest jeszcze fajniej, bo mam coraz więcej możliwości i ciągle pełno pomysłów w głowie. Za mną ponad dwadzieścia okresów przygotowawczych, zdarzały się lata bez urlopów i chwili na oddech, bo ciągle mecz i ciągle presja. Nie narzekam, bo tak wybrałem i tego chciałem. Pracowałem, żeby coś osiągnąć jako sportowiec, ale też po to, żeby później dało mi to bazę do dalszego życia. Zrealizowałem plan, jestem szczęśliwym człowiekiem. Zostałem ambasadorem Bridgestone i promuję hasło: „Podążaj za marzeniami bez względu na wszystko”. I myślę sobie, że to chyba najlepiej oddaje moje życie i karierę.

Źródło: Przegląd Sportowy

Publikacja zaczerpnięta z: sport.onet.pl

Z ostatniej chwili

Dowiedz się więcej