Z ostatniej chwili

Magiczne miejsce na weekend. Wycieczka do Ojcowa

Widoki mówią same za siebie (Shutterstock.com) Widoki mówią same za siebie (Shutterstock.com)

Dla wielu Polaków to ukochany cel majówek z lat 80. Do dziś jedno z ulubionych miejsc rodaków, do którego wracają z sentymentu. Opowiem wam, na czym polega fenomen Ojcowskiego Parku Narodowego.

Wapienne skały jury już zawsze kojarzyć mi się będą z majowym weekendem. W moim rodzinnym domu tradycja majówkowych wycieczek narodziła się dawno temu. Podejrzewam, że jeszcze przed moim narodzeniem. Cele wypraw były różne, jednak zawsze niosło nas na południe – w Sudety, Tatry, Bieszczady. Gdy nad morzem natura jeszcze spała, my szukaliśmy wiosny w cieplejszych regionach Polski, by po kilku dniach wrócić do Gdańska i z zachwytem odkrywać zmiany, jakich przez ten czas dokonała natura.

Jednym z ukochanych celów majówek z lat 80. był Ojcowski Park Narodowy. Błądzenie wśród wapiennych skał, zaglądanie do jaskiń i wędrówki po łagodnych wzniesieniach tego regionu nigdy nas nie nudziły. Choć od tamtych rodzinnych wycieczek minęło już ćwierć wieku, sentyment do Ojcowa, Jaskini Łokietka, która wydawała mi się niegdyś najbardziej tajemniczym miejscem na ziemi, wspaniałej Maczugi Herkulesa, Kapliczki „Na Wodzie”, Maryi w skale i małego drewnianego domku o wdzięcznej nazwie „Maciejówka”, w którym wynajmowaliśmy pokój, nigdy we mnie nie zgasł.

Gdy po latach znów jechałam na jurę, tym razem już z mężem i kilkuletnią córką, byłam bardzo ciekawa jak bardzo moje dziecięce wspomnienia, których przez lata niemal nie weryfikowałam, wytrzymają próbę czasu. Zastanawiałam się też na ile atrakcje Ojcowskiego Parku Narodowego, okażą się ciekawe dla dziecka XXI wieku, które miało okazję wyjeżdżać z kraju, odwiedzać kolorowe parki rozrywki i korzystać ze stworzonych za miliony złotych (dolarów czy euro) atrakcji dla maluchów.

Jeśli obawiałam się rozczarowania – nasz córka szybko rozwiała te lęki. Skalisty urok tej części Polski podziałał także na nią. Mój Ojców z dzieciństwa był maleńką miejscowością, w której w maju spotykaliśmy głównie mieszkańców. Choć wieś raczej się nie rozrosła – mieszka w niej niewiele ponad 200 osób, stała się zdecydowanie bardziej turystyczna. Nie znaczy to jednak, że jest dziś mniej urokliwa czy godna odwiedzenia. To wprost idealna miejscówka na kilkudniowy wypoczynek dla osób ceniących kontakt z naturą i niespieszne włóczęgi. Celów codziennych wypraw i wycieczek z pewnością nam nie zabraknie.

Pierwszą, po latach, wizytę w parku zaczęliśmy od spaceru po samym Ojcowie. Jako dziecko byłam zafascynowana znajdującą się przy samej drodze, wykutą w skale kapliczką z figurką Matki Boskiej. Wypatrywałam jej z samochodu za każdym razem, gdy wjeżdżaliśmy do Ojcowa, a przed wyjazdem biegłam do Maryi, żeby się pożegnać. Wydawała mi się absolutnie piękna i marzyłam, by mieć taką figurkę w domu.

Pierwsze kroki skierowaliśmy więc do Maryi, która choć trochę inna niż w mojej pamięci, przywołała we mnie masę ciepłych wspomnień. Na naszej córce wrażenia jednak nie zrobiła. Doceniła drewnianą ścieżkę prowadzącą do skały i tyle.

Kolejnym przystankiem naszego spaceru była Kaplica „Na Wodzie”. Choć sam przybytek też nie wzbudził zachwytu w kilkulatce, zainteresowała się tym, że malutki kościółek posadowiony został nad potokiem Prądnika. A gdy usłyszała, że w ten sposób mieszkańcy ominęli carski zakaz wznoszenia budowli na „ojcowskiej ziemi” uznała, że to bardzo sprytne.

Z kapliczki ruszyliśmy do ruin ojcowskiego zamku. Wzniesiona przez Kazimierza Wielkiego w XIV wieku budowla, a przede wszystkim roztaczający się z niej widok na okolicę – zachwyciły wszystkich. Choć z zamku została właściwie tylko malownicza brama wkomponowana w wapienne skały, baszta i fragmenty murów – budowla robi wrażenie. Na jej korzyść z pewnością przemawia też niezwykła historia tego pięknego niegdyś Orlego Gniazda, zbudowanego przez Kazimierza dla uczczenia własnego ojca – Władysława Łokietka, który ukrywał się w tej okolicy przed wojskami czeskiego króla Wacława II. Stąd też nazwa zamku i wsi – Ojców.

Śladów obecności Łokietka znajdziemy tu więcej. Najważniejszym jest oczywiście Grota Łokietka. Zdecydowana większość turystów odwiedzających Ojców, prędzej czy później kieruje się do tej niewielkiej jaskini, której największą zaletą, jest owiewająca ją legenda. Jako dziecko byłam nią zachwycona. Tygodniami wyobrażałam sobie małego króla śpiącego na twardym, zimnym kamiennym łożu, które jako jedyne z całej jaskini nie zatarło się w mojej pamięci przez lata.

Poza tym wszystko było inne. Droga do jaskini – niespodziewanie znacznie dłuższa. Sama grota wyraźnie mniejsza. A nawiązującej do pajęczej sieci bramy albo nie było wcale, albo też jako dziecko zupełnie jej nie dostrzegłam. Co ciekawe ta część historii wywarła największe wrażenie na naszej córce. Być może dlatego, że uznała, iżnawet największa pajęczyna nie mogła zamaskować wejścia do jaskini i tym samym ukryć jej przed niegodziwymi wojami Wacława II. Na niekorzyść tej części legendy zdaniem naszego dziecka przemawiał też brak pająka.

Mimo tej wątpliwości, a może właśnie dzięki niej, Grota Łokietka została oceniona bardzo wysoko. Do tego stopnia, że jako rodzice zostaliśmy zmuszeni, do odkrycia innych jaskiń w okolicy.

I tak zwiedziliśmy znajdującą się na terenie parku Jaskinię Ciemną, największą pod względem wysokości na terenie jury, w której odkryto ślady obecności człowieka w okresie paleolitu. Kolejne na liście znalazły się leżące na jurze: Jaskinie Wierzchowska i Nietoperzowa. Zaczęliśmy się już obawiać, że resztę wyjazdu spędzimy pod ziemią.

Na szczęście atrakcje „naziemne” okazały się być równie ciekawe i odwróciły uwagę naszej córki od jaskiń. Choć największa atrakcja parku Zamek Pieskowa Skała nie spotkał się z tak ciepłym uznaniem jak ruiny Zamku w Ojcowie, otaczający go park, a przede wszystkim zielone labirynty wzbudziły szalony entuzjazm.

Godzinami wędrowaliśmy też po okolicy i podziwialiśmy fantazyjne skalne ostańce, jak Maczuga Herkulesa, Igła Deotymy, Rękawica czy Brama Krakowska. Zdecydowanie skalnym ulubieńcem rodziny została maczuga, ale to nie przy niej spędziliśmy najwięcej czasu.

Fenomen Ojcowskiego Parku Narodowego, a także całej Jury Krakowsko-Częstochowskiej to nie tylko wspaniała przyroda, ale także opisujące ją legendy. Niemal każde skałka, budowla, czy ciekawe miejsce związane jest z jakąś mniej lub bardziej prawdziwą historią. Opowiadają je przewodnicy, zaprzyjaźnieni mieszkańcy, tablice pamiątkowe, foldery turystyczne. Dzięki tym legendom skalny ostaniec, ze zwykłego kamienia o nietypowym kształcie, zmienia się w symbol, fragment niezwykłej, pobudzającej wyobraźnię historii. I właśnie legenda sprawiła, że przez kilkadziesiąt minut nie mogliśmy ruszyć spod Bramy Krakowskiej, znajdującej się w ujściu Wąwozu Ciasne Skałki do Doliny Prądnika.

Masywne filary bramy podpierają dziesiątki małych i większych patyczków. Takie dziwne zjawisko wymaga oczywiście wyjaśnienia. Nie przeczuwając konsekwencji, opowiedzieliśmy więc córce legendę bramy. Każdego dnia oba filary zbliżają się do siebie i z biegiem czasu dzieli coraz mniejsza odległość. Gdy brama całkiem się zamknie, nastąpi koniec świata. Dlatego turyści przechodzący tą drogą, by opóźnić ten smutny moment, podpierają bramę patyczkami.

Okazuje się, że wyobraźnia dziecka jest bytem kierującym się sobie tylko znanymi prawami. Pajęcza sieć maskująca wejście do Groty Łokietka jakoś się w niej nie zmieściła, ale związek między zamknięciem Krakowskiej Bramy, a końcem świata już tak. Przez następny kwadrans staraliśmy się cierpliwie przeczekać, aż nasza córka wystarczająco solidnie zabezpieczy świat przed zagładą. Kiedy okazało się, że jej praca absolutnie nie dobiega końca, przez kolejne pół godziny w pocie czoła pracowaliśmy wraz z nią. Gdy już sądziliśmy, że spędzimy w tym miejscu resztę życia, nasza córka niespodziewanie uznała efekt za zadowalający, a pracę za zakończoną. Mogliśmy ruszyć dalej – wzdłuż urokliwej Doliny Prądnika i dalej zachwycać się pięknem tego zakątka Polski i jego wspaniałymi legendami.

Artykuł zaczerpnięty ze strony https://turystyka.wp.pl/