Z ostatniej chwili

Mity na temat oleju kokosowego

Źrodło: pexels.com

O oleju kokosowym mówi się, że odchudza i leczy. Czy rzeczywiście tak jest? Sprawdźmy.

Olej kokosowy, zarówno ten rafinowany, jak i virgin, w około 45% składa się kwasu laurynowego, nasyconego kwasu tłuszczowego o dwunastowęglowym łańcuchu. Bez wątpienia ten dominujący składnik ma najistotniejszy wpływ na jego działanie.

Mit 1: olej kokosowy leczy

Najpierw przyjrzyjmy się bujdzie na temat profilaktyki zdrowotnej. Mówi się, że kwas laurynowy ma silne właściwości antybakteryjne, przez co jest przydatny w zwalczaniu licznych schorzeń. Jak pokazuje cytat z bloga Deliciously Ella, przekonanie to pokutuje nie tylko wśród grupki świrów. Wystarczy pobieżnie przejrzeć internet, żeby znaleźć tysiące jego zwolenników. Jak to się stało, że bajka o tłuszczu w gruncie rzeczy nasyconym trafiła do leksykonu zdrowia?

Być może nie powinniśmy zbyt pochopnie wydawać sądów. Kwas laurynowy to w rzeczywistości tłuszcz niezwykły i ‒ wierzcie lub nie ‒ wykazuje właściwości antybakteryjne.

Badania dowiodły, że bywa zabójczy dla bardzo wielu potencjalnie szkodliwych mikroorganizmów6, dlatego może część powyższych stwierdzeń należałoby potraktować poważnie.

Albo i nie. Do najbardziej rozpowszechnionych metod uprawiania pseudonauki należy wyolbrzymianie wagi wybranych badań. Mimo że środowisko pseudonaukowe chętnie pomniejsza i lekceważy doniesienia naukowe dotyczące skuteczności detoksu czy produktów alkalicznych, to gdy bada- nie zdaje się wspierać jego przekonania, święcie w nie wierzy. Badania kwasu laurynowego obejmują wyłącznie skutki jego działania na drobnoustroje w probówce i nie ma żadnych poważniejszych analiz, które by wykazywały, że on sam – czy też olej kokosowy – w jakikolwiek sposób oddziałuje na patogeny w organizmie człowieka lub choćby łososia tęczowego. Być może test in vitro (poza ustrojem) wydaje się ciekawym tropem, ale probówkę od prawdziwego życia dzieli przepaść, którą w kręgach pseudonaukowych bardzo łatwo pokonuje się jednym skokiem. Tymczasem do innych czynników zabijających drobnoustroje w menzurce należą: woda, cukier, sól, płyn do zmywania naczyń, noga, która nadepnęła na szklane naczynko, i ogień, który pod probówką rozpalono – sami po- wiedzcie, czy któryś z nich może odegrać istotną rolę w leczeniu chorób. Najskuteczniejszą metodą na wybicie groźnych drobnoustrojów, zanim przedostaną się do organizmu, jest alkoholowy żel do rąk, nie znaczy to jednak, że spożywanie alkoholu w dużych ilościach będzie miało dobroczynne skutki dla zdrowia (choć ja sam, będąc młodym kucharzem, po- święciłem sporo czasu na heroiczne eksperymenty, żeby się o tym przekonać). Podobnie ma się rzecz w przypadku kwasu laurynowego. Mimo że dla naukowców prowadzących badania rezultat był bez wątpienia ciekawy, nie znaczy to, że olej kokosowy jest cudownym panaceum.

Być może mamy zbyt romantyczne wyobrażenia na temat odkryć naukowych: oto samotny geniusz w laboratorium dokonuje epokowego przełomu – jak Alexander Fleming, który w 1928 roku odkrył penicylinę. Jednak nawet to odkrycie nie przebiegało tak spektakularnie, jak wiele osób sobie wyobraża. Fleming słynął z niechlujstwa i gdy pewnego razu wrócił z wakacji, zorientował się, że jedna z hodowli gronkowców została zanieczyszczona przez pleśń. Wokół skażonego obszaru bakteria przestała się namnażać, Fleming uznał więc, że pleśń musi wytwarzać jakąś substancję antybakteryjną. Jaka była jego reakcja na to być może najważniejsze i najdonioślejsze odkrycie XX wieku? Stwierdził ponoć: „Zabawne”, i zajął się czymś innym.

Fakt, że coś zabija bakterie w naczyniu laboratoryjnym, nie wystarczy, by wzbudzić ekscytację prawdziwego naukowca. A choć Fleming w końcu zainteresował się dziwną substancją i rok później opublikował na jej temat artykuł, nikt nie zwrócił na jego odkrycie uwagi. Fleming kontynuował badania nad bakteriobójczą pleśnią, choć nieregularnie, aż w końcu je zarzucił, nikt bowiem nie wydawał się zainteresowany. Dopiero gdy w 1940 roku Howard Florey i Ernst Chain zaczęli syntetyzować odkrytą przez niego substancję i testować na zwierzętach, dostrzeżono jej niezwykłe możliwości i nim nastał rok 1944, penicylina zmieniła bieg drugiej wojny światowej.

Chociaż kwas laurynowy nie jest penicyliną i żadne badania nie wykazały, by oddziaływał podobnie na nasz organizm, podejrzewam, że bakteriobójcze właściwości stwierdzone w badaniach in vitro mogły mieć wpływ na to, że oleju kokosowego używa się do płukania ust. Niebywałe, ale to działanie zostało przebadane, choć w niezwykle ograniczonym zakresie, bo na maleńkiej grupie osób, i testy potwierdziły jego skuteczność. Stwierdzono, że ssanie oleju (tradycyjna praktyka ajurwedyjska, która zaleca płukanie olejem całej jamy ustnej przez dwadzieścia minut) ma takie samo bakteriobójcze działanie, jak płukanie ust płynem dostępnym w sklepie, przy czym ten ostatni działa szybciej, ma mniej nieprzyjemny smak i istnieje mniejsze ryzyko, że połkniecie nadmierną ilość tłuszczu nasyconego. Aha, warto dodać, że w eksperymencie nie użyto oleju kokosowego, bo lekarze ajurwedyjscy z niego nie korzystają. Ale jeśli zdarzy się wam wylądować gdzieś bez płynu do płukania ust, za to z kilkoma łyżkami tłuszczu na podorędziu, i jeśli będziecie mieli wolne dwadzieścia minut, możecie spróbować. W sumie co wam grozi poza wzrostem ryzyka zachorowania na wieńcówkę?

Zwolennicy prozdrowotnych właściwości oleju kokosowego zaraz podniosą krzyk − usprawiedliwiając w ten sposób kolosalną marżę − że przecież przeciwutleniacze zawarte w oleju tłoczonym na zimno skutecznie zwalczają choroby. Niewykluczone, że to prawda, a i obecność mikroelementów w produktach spożywczych jest często korzystna, jak jednak zobaczymy w rozdziale 8, przypadek antyoksydantów wcale tak oczywisty nie jest.

Mit 2: cud utraty wagi

Od wiary w prozdrowotne wartości oleju kokosowego dużo bardziej rozpowszechnione jest przekonanie, że w cudowny sposób przyczynia się on do utraty zbędnych kilogramów. Mit ten, choć niekoniecznie zgodny z intuicją, ma pod wieloma względami więcej sensu niż pierwszy, a także został poparty dowodami. Wiąże się z działaniem trójglicerydów średniołańcuchowych, które – jak się sądzi – zachowują się w organizmie zupełnie inaczej niż trójglicerydy długołańcuchowe. Krótsze MCT wchłaniamy i metabolizujemy szybciej niż LCT, a choć dowody w żadnej mierze nie są rozstrzygające, coraz częściej uważa się, że MCT mogą odgrywać pewną rolę w kontrolowaniu wagi. Na przykład niedawne badania wykazały, że spożycie 15–30 g trójglicerydów średniołańcuchowych może zwiększyć dzienne wydatkowanie kaloryczne o 5%, to znaczy średnio o mniej więcej 120 kalorii. Te i jeszcze inne badania są odpowiedzialne za powtarzaną często opinię, jakoby olej kokosowy był w rzeczywistości „tłuszczem spalającym tłuszcz”. Zdolność do szybkiego metabolizowania MCT i wykorzystywania ich jako źródła energii sprawiła, że cieszą się one ogromną popularnością w kręgach osób zainteresowanych zdrowiem, fitnessem i sportem wytrzymałościowym.

Trójglicerydy średniołańcuchowe z pewnością są ciekawe, istnieją też badania potwierdzające, że mogą odgrywać pewną rolę w kontrolowaniu wagi. Nasuwa się więc pytanie, dlaczego pogląd, że olej kokosowy może sprzyjać chudnięciu, uważam za mit.

To proste. Olej kokosowy w rzeczywistości zawiera bardzo niewielką ilość MCT. Wszystkie wspomniane wyżej badania i efekty kliniczne dotyczą olejów frakcjonowanych, w których w procesie produkcji pozostawiono niemal wyłącznie kwasy kaprylowy i kaprynowy (odpowiednio: ośmio- i dziesięcio- węglowy). Wykorzystane do badań i stosowane w medycynie trójglicerydy średniołańcuchowe nie zawierają kwasu laurynowego (dwanaście cząsteczek węgla), głównego składnika oleju kokosowego. Większość badaczy w ogóle nie uważa kwasu laurynowego za MCT, a mimo to rezultaty eksperymentów na trójglicerydach średniołańcuchowych często się ekstrapo- luje, żeby uzasadnić stwierdzenia na temat odchudzających właściwości oleju kokosowego.

To zamieszanie jest być może zrozumiałe. Rozpatrywany jako odrębna substancja chemiczna kwas laurynowy można uznać za średnio- lub długołańcuchowy kwas tłuszczowy. Niestety jednak pod względem funkcji biologicznych pod- pada on pod kategorię kwasów długołańcuchowych. Właśnie dlatego, gdy z oleju kokosowego lub palmowego pozyskuje się średniołańcuchowe trójglicerydy do badań albo użytku medycznego, kwas laurynowy się usuwa. Zachowuje się on bowiem zupełnie jak kwas długołańcuchowy, ma mniejszą rozpuszczalność, jest wolniej wchłaniany i trawiony. Z tego powodu olej kokosowy nie jest tłuszczem spalającym tłuszcz. Jest po prostu tłuszczem.

Co więcej, mimo że zawiera około 15% średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych, gdy tworzą one trójglicerydy, to łączą się na różne sposoby. Oznacza to, że tylko niewielką część trójglicerydów (mniej niż 4%) będzie można zaliczyć do kategorii MCT – jedynie te, których łączna liczba węgli wynosi od dwudziestu czterech do trzydziestu.

Spójrzmy na to z takiej perspektywy: skoro olej kokosowy zawiera 4% MCT, to, żeby odnieść korzyść z pięcioprocentowego wzrostu wydatkowania kalorycznego, który następuje po spożyciu 30 g MCT, musielibyście zjeść aż 750 g oleju kokosowego. Żeby więc spalić dodatkowo 120 kalorii dziennie, musielibyście przyswoić 6000 kalorii pochodzących z tłuszczu kokosowego, i w rezultacie pewnie byście się pochorowali.

Krótko mówiąc, oleju kokosowego z pewnością nie po- winno się stosować jako suplementu wspomagającego odchudzanie. Każdy, kto je go łyżkami, spożywa zasadniczo długołańcuchowy tłuszcz nasycony, wysokokaloryczny produkt, który, jak dowiedziono, zwiększa ryzyko zapadalności na choroby serca. Dlatego jeśli ktoś wspomni przy was o korzyściach związanych z MCT w odniesieniu do oleju kokosowego, możecie mu powiedzieć, żeby spadał poduczyć się chemii organicznej. Mówiłem, że jej odrobina przyda się wam w życiu.

Czego jeszcze nie robi olej kokosowy?

Nie ma żadnych badań, które by wskazywały, że olej kokosowy działa leczniczo w przypadku ludzi lub zwierząt. Wprawdzie w licznych testach potwierdzono wpływ trójglicerydów średniołańcuchowych na metabolizm, ale w tym przypadku nie mają one zastosowania. Zostało coś jeszcze?

Może jedna lub dwie rzeczy. Olej kokosowy co nieco przebadano, tak samo jak kwas laurynowy, główny kwas tłuszczowy wchodzący w jego skład. Wprawdzie stwierdzenie, że rezultaty tych badań uzasadniają „wyjątkowy status” tego produktu, byłoby dość naciągane, ale – jak przypuszczam – to określenie wymyślone przez marketingowców, więc kwestia dowodów jest tu drugorzędna.

Do najważniejszych argumentów na rzecz oleju kokosowego należą zdrowie i witalność społeczności rdzennych, w których spożywa się go w dużych ilościach. Opowieści o krzepkich, uderzająco pięknych i doskonałych istotach z raju lubi zwłaszcza Bruce Fife. Oczywiście, każdy przejaw witalności tych istot Fife przypisuje działaniu cudownego oleju, ale pamiętajcie, że jego zdaniem ów superprodukt może wyleczyć AIDS i raka. W debacie na temat zbawiennych właściwości oleju kokosowego przywołuje się legendarne wręcz zdrowie Polinezyjczyków, a zwłaszcza fakt, że mimo stosunkowo tłustej diety nie występują wśród nich problemy kardiologiczne.

Tymczasem w licznych badaniach populacyjnych można znaleźć niewiele argumentów na rzecz oleju kokosowego. Niewątpliwie w części społeczność polinezyjskich, których członkowie jedzą mnóstwo orzechów kokosowych, obserwuje się niski poziom zapadalności na choroby serca9, mam jednak nadzieję, że czytelnicy dostrzegą tu mieszaninę korelacji i przyczynowości, możliwość wystąpienia jaskrawo oczywistych czynników zakłócających, a zwłaszcza fakt, że badania obejmują populacje wyjątkowo aktywne, których dieta jest ponadto bogata w owoce, warzywa i tłuste ryby. Dość istotne jest także to, że w rzeczywistości żadna z tych grup nie spożywa oleju kokosowego, bo produkty wytwarzane w nowoczesnych zakładach spożywczych są dla nich całkowicie niedostępne. Owszem, członkowie tych społeczności jedzą pewnie dużo miąższu kokosowego, część z nich może nawet wyciska z tego miąższu mleczko, nikt jednak nie pozyskuje zeń oleju. Polinezyjczycy spożywają tłuszcz kokosowy w postaci nieprzetworzonej, to zaś, jak wiadomo, ma wpływ na sposób jego metabolizowania. Między tym, czy zjecie pestki słonecznika, czy wypijecie butelkę oleju słonecznikowego, istnieje znaczna różnica.

Społeczności polinezyjskie to nie jedyne populacje spożywające duże ilości orzechów kokosowych. Na przykład mieszkańcy Sri Lanki w przeliczeniu na głowę jedzą tyle samo kokosów, co Polinezyjczycy, a mimo to w społeczeństwie lankijskim odnotowano wyjątkowo wysoki poziom zapadalności na choroby krążenia10. Nie mówi to nam niczego na temat kokosów, nauka jednak nie działa, jeśli wybiera się z niej tylko dowody potwierdzające nasze przekonania.

Istnieją jeszcze inne doniesienia na temat skutków spożywania oleju kokosowego, są one jednak wątłe i nierozstrzygające. Wiele osób twierdzi, że podnosi on poziom dobrego cholesterolu (tzn. HDL ‒ dla tych z was, którzy nie sprawdzili tego wcześniej), choć większość badań wskazuje, że zwiększa także poziom złego (LDL), przyczyniając się do ogólnego wzrostu poziom cholesterolu w organizmie, co uważa się za czynnik sprzyjający chorobom serca11. Dowody wprawdzie wskazują, że nie jest to wzrost tak wysoki jak w przypadku masła, ale większy niż w przypadku oliwy i oleju słonecznikowego. Pewne malajskie badanie z kolei przytacza się na potwierdzenie tego, że olej kokosowy może się przyczyniać do zmniejszenia obwodu talii. Przeprowadzono je jednak na grupie zaledwie dwudziestu osób, a rezultat zaobserwowano tylko w przypadku mężczyzn, nie dostrzeżono też żadnych innych wymiernych efektów, w tym wpływu spożycia oleju kokosowego na całkowitą wagę ciała12. Trudno zatem uznać ten dowód za bezdyskusyjny, a jeśli potraktować go dosłownie, działanie oleju kokosowego ogranicza się tylko do mężczyzn.

 

Publikacja zaczerpnięta z: kobieta.onet.pl

Źródło: pexels.com

Z ostatniej chwili

Dowiedz się więcej