Z ostatniej chwili

Wyznania seryjnego mordercy: zabijałem, by poczuć się lepiej

(fot. nasygnale.pl) (fot. nasygnale.pl)

19-letnia Jolanta K. właśnie skończyła pracę i wracała do domu. W pewnej chwili zaczepił ją mężczyzna i zapytał, czy ma ochotę na pieszczoty. Dziewczyna jeszcze nie wiedziała, że to będą ostatnie słowa, jakie usłyszy w swoim życiu. Przerażona rzuciła się do ucieczki. Wtedy oprawca wyjął półtorakilogramowy młotek i uderzył ją parokrotnie w głowę. Gdy upadła, zajął się przeszukiwaniem torebki. Kątem oka zauważył, że ofiara krztusząc się krwią, czołga się w głąb pastwiska. – To ją dopadłem i jeszcze jej przywaliłem. Już nie wstała – zeznawał później przed sądem. 6 sierpnia 1985 sąd po wielomiesięcznym procesie skazał „Skorpiona” na karę śmierci przez powieszenie.

19-letnia Jolanta K. nie miała prawa przeżyć. Podczas sekcji zwłok stwierdzono 14 ran głowy od uderzeń tępym narzędziem. Do zbrodni doszło 6 maja 1983 roku we wsi Narkowy, w dawnym woj. gdańskim. Była to ostatnia ofiara Pawła Tuchlina, seryjnego zabójcy grasującego na Pomorzu na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Dostał pseudonim „Skorpion”, bo jego ataki były niespodziewane, szybkie i zabójczo skuteczne.

Początkujący ekshibicjonista

Tuchlin urodził się 28 kwietnia 1946 w Górze (woj. pomorskie). Pochodził ze wsi, miał dziesięcioro rodzeństwa i ojca alkoholika. Wychowany w surowej dyscyplinie, niejednokrotnie dostawał lanie za moczenie się w nocy. Nie miał przyjaciół w szkole, a koleżanki unikały jego towarzystwa, nazywając go „śmierdzielem”.

Gdy tylko osiągnął pełnoletność, uciekł z rodzinnego domu, by rozpocząć samodzielne życie. Pracował jako kierowca, ożenił się, urodziło mu się dziecko. Wtedy pojawiły się pierwsze konflikty z prawem – początkowo był karany za drobne kradzieże. Po jakimś czasie rozwiódł się, ponownie ożenił i znów został ojcem.

Sąsiedzi postrzegali go jako pracowitego, spokojnego, zaradnego, troskliwie zajmującego się żoną i dziećmi. Wiedzieli, że jest cichy i zamknięty w sobie, ale nie znali jego mrocznej strony. Cechował go niepohamowany popęd seksualny i upodobanie do ekshibicjonizmu. Próbował nawet z tym walczyć, zażywając tabletki nasenne, by noce spędzać w domu. Nie dało to jednak oczekiwanych rezultatów. Publiczne obnażanie się przestało mu wystarczać jesienią 1975 roku, kiedy to zabił po raz pierwszy.

Krwawa mapa Pomorza

Początkowo milicja nie łączyła kolejnych ataków na kobiety w jedną całość. Dopiero po czasie nabrali przekonania, że za morderstwami stoi jedna i ta sama osoba – jej modus operandi, czyli sposób działania, był taki sam.

– Wiele godzin przedtem drżałem z podniecenia. Byłem dziwnie niespokojny. Nie mogłem się skupić na tym, co robiłem. Coś mnie ciągnęło, chodziło mi w środku, po piętach. Gdy się we mnie nazbierało, wyruszałem na wędrówkę po mieście, wyszukując kobiety – mówił podczas przesłuchań.

Na polowania wychodził po zmroku lub wczesnym rankiem. Ofiary wypatrywał w środkach komunikacji miejskiej. Wybierał młode i szczupłe osoby, by móc je bez problemu powalić i zaciągnąć w ustronne miejsce. Początkowo uderzał prętem, później przerzucił się na zabrany z pracy młotek. Gdy dziewczyna była już nieprzytomna, rozbierał ją od pasa w dół, układał według własnej fantazji, przyglądał się jej i dotykał intymnych części ciała. Nigdy nie doszło jednak do pełnego stosunku – wystarczały mu lubieżne czynności, nazwane przez prokuratora „licznymi manipulacjami”. W międzyczasie przetrząsał torebki ofiar w poszukiwaniu kosztowności. Zadowalały go pieniądze, kosmetyki, a także… produkty spożywcze. Zjadał kanapki, bułki, wypijał śmietanę. Na pamiątkę, jako swoiste trofeum, zabierał biżuterię:

– Potem patrzę, a ona ma obrączkę na ręku. Myślę sobie, to będzie najlepsza pamiątka! – zeznawał później.

A potem odchodził, pozostawiając ofiary w agonii. Krwawą mapę Pomorza tworzył przez osiem lat – atakował w Gdańsku i okolicach, a także na obszarze ówczesnego województwa elbląskiego i bydgoskiego.

Psychoza wampira

Minęła godzina 21.00. Bożena S. wyszła z pracy i zmierzała w kierunku domu. Tuchlin szedł w pewnej odległości za nią, zaczepił ją i uderzył kilkakrotnie w głowę. Gdy dziewczyna upadła na chodnik, podniósł ją, rozejrzał się, czy nie ma żadnych świadków i przerzucił ciało za mur. Bożena jeszcze kilka razy krzyknęła „pomocy!”, ale ciosy młotkiem skutecznie ją uciszyły. Oprawca zdarł z niej ubranie, sam się obnażył, ale poprzestał na pocieraniu członkiem o jej ciało. Przetrząsnął torebkę ofiary, zabrał cenne przedmioty i odszedł w kierunku Skarszew.

Był wtedy 8 grudnia 1982 roku i kolejny atak zwyrodnialca. Władze nie podały oficjalnych informacji, jakoby na wybrzeżu grasował seryjny zabójca. Jednak ludzie wiedzieli swoje. Wybuchła panika – po kobiety kończące późno pracę wychodzili mężowie i synowie. Dziewczyny poruszały się grupkami, w towarzystwie kolegów. Na dworce i przystanki rodziny odprowadzały swoich bliskich.

Nabrano pewności, że za napadami stoi ta sama osoba. Zbrodnie pojawiały się regularnie, a szczegóły zaczęły do siebie pasować. Wtedy przy komendzie wojewódzkiej w Gdańsku powołano zespół dochodzeniowo-śledczy. Od stycznia 1983 roku grupa jedenastu doświadczonych milicjantów pracowała pod kryptonimem „Skorpion”. Mieli jedno zadanie: znaleźć i złapać sprawcę.

Funkcjonariusze działali ze świadomością, że strach paraliżuje całe miasto. Przeglądali kartoteki, prowadzili nieskończone przesłuchania, przyglądali się środowiskom przestępczym. W sumie przesłuchali aż pięć tysięcy osób! Wypalili ogromne ilości papierosów, noce i dnie spędzali na komendzie, a do domu jeździli tylko po to, żeby się przespać i wykąpać. W pociągach i autobusach byli obecni milicjanci ubrani po cywilnemu. Dało się odczuć strach i lęk – wszyscy czekali na kolejne uderzenie „Skorpiona”. Bo to, że zaatakuje znowu, było więcej niż pewne.

Światełko w tunelu

18 stycznia tego samego roku we wsi Rytel morderca napadł 20-letnią Ewę G. Dziewczynie cudem udało się przeżyć atak szaleńca, dzięki czemu podała rysopis mężczyzny: smutne spojrzenie, pociągła, koścista twarz, smukła sylwetka. Tuchlin porzucił młotek na miejscu zbrodni. Zawinięte w biały materiał narzędzie zabezpieczyli technicy. Na trzonku ujrzeli wybity skrót „ZNTK”, oznaczający Zakład Napraw Taboru Kolejowego. Pojawiła się szansa na znalezienie sprawcy.

Wystąpiono z prośbą do zakładu o udostępnienie listy pracowników. Sprawdzenie kilkuset osób nie dało jednak żadnych efektów. Dopiero później okazało się, że brakowało na niej nazwiska zatrudnionego dwa tygodnie wcześniej Pawła Tuchlina.

Funkcjonariusze dysponowali ponadto zabezpieczonymi na innym miejscu zbrodni odciskami podeszwy butów. Było to dość specyficzne obuwie typu sztyblet, produkowane dla pracowników kolei. Dodatkowo na ciałach ofiar znaleziono blond włosy i krew grupy A Rh+.

Cztery przeklęte warchlaki

Do kolejnej zbrodni doszło 1 marca. Tuchlin poruszał się kradzionym samochodem marki żuk. Przejeżdżając przez wieś Zielona Góra (woj. pomorskie), zauważył przebierającą się w mieszkaniu kobietę – Wiesławę W. Zaczaił się na nią, a gdy wyszła z domu, potrącił ją samochodem i zepchnął do rowu. Dla pewności uderzył ją w głowę i nieprzytomną wrzucił na skrzynię samochodu. Wywiózł ją w ustronne miejsce, by odtworzyć swój perwersyjny rytuał. Na szczęście kobiecie udało się przeżyć i o napaści poinformowała milicję.

Funkcjonariusze znaleźli pozostawiony w lesie samochód. Co ich zdziwiło, to odchody świń, pozostawione na pace. Szybko skojarzyli ten fakt ze zgłoszeniem kradzieży czterech warchlaków. Technicy porównali zabezpieczone odlewy bieżnika opon z dwóch miejsc i ustalili, że to ten sam typ samochodu. Teraz pozostało tylko dowiedzieć się, kto wzbogacił się o gromadkę świń…

Po pewnym czasie udało się namierzyć podejrzane gospodarstwo. Właścicielem był 37-letni mieszkaniec Gdańska, zawodowo wykonujący instalacje elektryczne. Gdy zajmujący się sprawą milicjanci spojrzeli na zdjęcie w aktach, na ich twarzach pojawił się pierwszy od wielu miesięcy uśmiech. Gospodarz na co dzień dysponował samochodem i przemieszczał się po terenie okolicznych województw. Jego zasięg działalności pokrywał się z miejscami zabójstw. Poza tym, na koncie miał kilka drobnych kradzieży i aktualnie toczyła się przeciwko niemu sprawa za kradzież parnika i drzewa z lasu. I ten fakt postanowili wykorzystać operacyjni ze „Skorpiona”. Mimo, iż byli praktycznie pewni, że znaleźli poszukiwanego zbrodniarza, nie chcieli popełnić żadnego błędu.

„Ile tych uderzeń było? To się nigdy nie liczy, ręka sama chodzi!”

W maju wysłano specjalny patrol. Funkcjonariusze mieli utrzymywać, że powodem ich wizyty jest kradzione drzewo. Prawdziwym celem było sprawdzenie grupy krwi wpisanej do dowodu osobistego i poszukanie na terenie gospodarstwa warchlaków.

Ponoć Paweł Tuchlin przywitał grupę milicjantów słowami: „No, nareszcie!” i obdarzył ich uśmiechem. Pożegnał się z żoną i synem. Po dwóch dniach przeszukiwania domu i okolic znaleziono przedmioty należące do ofiar, wśród nich obrączkę i zegarek. Odkryto także kolejny młotek, w którego trzonku znajdowała się jeszcze wsiąknięta krew…

Zabójcę przewieziono na przesłuchanie. Przyznał się praktycznie od razu i przez 36 długich godzin ujawnił wiele szczegółów morderstw. Odpowiedział też na nurtujące milicjantów pytanie, dlaczego zawijał młotek bandażem. Głowili się, czy chodzi mu o cichy atak, czy może – paradoksalnie – chce, by kobiety mniej cierpiały?

– Wie pan, bo ja go nosiłem za pasem i ta część metalowa mnie tak ziębiła w brzuch, że zimno mi było od tego – wyjaśnił Tuchlin.

Przeprowadzono 19 wizji lokalnych, mających na celu dokładne odtworzenie przebiegu zdarzeń. Aby nie doszło do samosądu, grupy kilkudziesięciu funkcjonariuszy zabezpieczały teren. Wściekłych ludzi ciężko było utrzymać w ryzach, domagali się natychmiastowego wyroku. „Skorpion” świetnie się bawił – odpowiadało mu bycie w centrum zainteresowania. Wydawał się nie zdawać sobie sprawy z tego, co zrobił. Próbował przekonać milicjantów, że nie zabił tych kobiet – wszak były „ciepłe”, jak odchodził. W końcu jednak przyznał się do wszystkiego. Do morderstw, do usiłowań, do okaleczeń, do kradzieży. Przeżywał na nowo każdą zbrodnię, był tym bardzo podniecony.

– Zmieni pan pozorantkę, bo ona mnie nie bierze. O, tę blondynkę chcę! – krzyczał, wskazując na biorącą udział w wizji aplikantkę.

Jak sam stwierdził w czasie przesłuchania, zabijał, by poczuć się lepiej. Był inteligentny, miał niesamowite szczęście i wiarę we własną nieuchwytność. Podczas całego śledztwa ani razu nie okazał skruchy czy żalu. Ale dziękował, że został złapany, bo inaczej nie byłby w stanie się opanować. A kiedy prowadzący sprawę zapytał go, co by zrobił, gdyby go teraz puścili wolno, odpowiedział tylko rozmarzonym głosem: „zapolowałbym… „.

Koniec „Skorpiona”

Podczas sześciomiesięcznego badania psychiatrycznego biegli orzekli u niego „psychopatyczne cechy osobowości, wyrażające się w dążeniu do niekontrolowanego zaspakajania doraźnie odczuwanych potrzeb popędowych, z niedostatecznym wykorzystaniem hamulców ze strony uczuciowości wyższej oraz intelektu”. Poza tym nie stwierdzono żadnych zaburzeń psychicznych, które wskazywałyby, że nie był zdolny do rozpoznawania znaczenia swoich czynów.

Paweł Tuchlin ostatecznie usłyszał 41 zarzutów, z czego dziewięć dotyczyło zabójstw, jedenaście usiłowań, a pozostałe to kradzieże. Na rozprawie odwołał wszystkie swoje zeznania, sugerując, że wymusili je na nim funkcjonariusze. 6 sierpnia 1985 sąd po wielomiesięcznym procesie skazał „Skorpiona” na karę śmierci przez powieszenie. Sąd Najwyższy utrzymał wyrok w mocy, a Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Egzekucję wykonano 25 maja 1987 roku w gdańskim areszcie śledczym.

„Skorpion” był specyficznym seryjnym zabójcą. Nie atakował, by zabić. Zależało mu wyłącznie na uległości kobiet, którą z łatwością uzyskiwał, stosując młotek. Podniecał go widok rozebranej, zupełnie mu oddanej ofiary. Można się zastanawiać, czy gdyby dysponował współczesnymi środkami, typu tabletka gwałtu, to doszłoby do rozlewu krwi. Jest też szczególny z jeszcze jednego powodu. W przeciwieństwie do innych przestępców, w jego przypadku nie było żadnych wątpliwości, czy to on zabił – wszystkie elementy układanki idealnie do siebie pasowały.

Artykuł pochodzi z archiwalnej wersji strony NaSygnale.pl (Anna Winczakiewicz)